Brak słów…

W ostatnim tygodniu z moim samochodem działy się dziwne rzeczy a to jechał, a to spadały mu obroty, a to nie szło mu dodać gazu. W końcu jadąc rodziną słynną DK 1 przy prędkości 70 km/h nagle silnik wyłączył się. Było dużo strachu, bo sama masa samochodu to 1,7 tony – jakoś udało się wyhamować i nikt do mnie nie dobił, ani ja nie stworzyłem zagrożenia. Po chwili samochód odpalił. W końcu w sobotę 17 stycznia na ul. Mikołowskiej stała się rzecz podobna, samochód zgasł przy sporym ruchu. Jednak udało się spokojnie zjechać na pobocze. Zostałem odholowany dzięki pomocy dobrego kolegi. Diagnoza mechanika 3 dni później była dla mnie szokująca. W baku był cukier, a zamknięcie baku było wyłamane. Żaden kierowca nie sprawdza przecież codziennie, czy mu ktoś przy baku nie grzebał. Złożyłem w tej sprawie zawiadomienie na Policji, chociaż nie wierzę że to coś da, bo nawet trudno ustalić kiedy to się mogło stać. Najpierw zapytałem mechanika czy takie przypadki zdarzają się często, odpowiedział że widział takie rzeczy na filmie. W podobnym tonie wypowiedział się policjant który przyjmował zgłoszenie. Nie wiem do jakiego poziomu pewne środowiska w Tychach potrafią się zniżyć, by czyhać na życie i zdrowie mojej rodziny i moje, oraz innych przypadkowych uczestników ruchu. Przecież w momencie wyłączenie silnika na drodze to ja mogłem być sprawcą wypadku i ucierpiałaby postronne osoby, nie wyłączając mnie i mojej rodziny. Nie wiem czy osoba która to zrobiła miała minimalna dozę wyobraźni o konsekwencji swojego gangsterskiego czynu.

Podziel się:
Udostępnij na Facebooku! Wykop to Dodaj do Twittera!